Festiwal Cooltury vs Sępek Świata
Środa, marca 11th, 2009Oglądajcie zanim Polsat pokaże;)
Oglądajcie zanim Polsat pokaże;)
Na Festiwalu Cooltury pojawiła się Agnieszka Popielewicz i Natalia Lesz:

Kasia Cerekwicka:

Kasia Kowalska:

No i oczywiście Isabel:

fot. Jarek Sępek
Oto wszystko co pojawiło się na temat wyprawy “W 80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu)” w druku.
Trochę ciężka, ale za to pełna wersja do ściągnięcia, 20MB, czyli 51 stron żywcem wydartych z tygodnika Cooltura:
Polecam też skróconą wersję - 4 strony podsumowania, 1.5MB:

Enjoy!
PS pozdrowienia i podziękowania dla prężnego działu graficznego w Coolturze, który to wszystko elegancko poskładał.

Dzisiaj wchodzi do londyńskich kin film Trade z naszą Alicją. Kiedy tu była, już prawie rok temu, przyjechała prosto z Hollywood.
Kontynuując na Bergamutach amerykański wątek w Londynie, trzeba powiedzieć, że Alicja Bachleda-Curuś urodziła się w Meksyku, a szkołę teatralną i filmową ukończyła w Nowym Jorku. W filmie „Trade”, u boku Kevina Kline’a zagrała jedną z głównych ról – Polkę porwaną przez gang handlarzy ludźmi. Pojawiła się na okładkach wielkich amerykańskich czasopism i zdobyła też kilka nagród.
I ciągle biedna nie wie co ma zrobić, bo w Polsce wszyscy i tak mają ją za Zosię…
***
A dziś w języku mokpe wypowiada się pan Ndi, pochodzący z kameruńskiej wioski Muea:

Nie dajcie się zwieść… Zupełnie niedawno gruchnęła wiadomość, że pół wieku temu Elvis odbył sekretną wizytę w Londynie. Choć niektórzy mówią, że nie żyje, wciąż jest widziany na ulicach brytyjskiej stolicy.
Wcześniej mówiło się, że Król nigdy nie postawił nogi na brytyjskiej ziemi, z wyjątkiem przystanku na tankowanie, gdy leciał z wojska w Niemczech.
Dziś pojawiają się nowe fakty i wygląda na to, że dla fanów ma to olbrzymie znaczenie. W 1958 roku, co pozostało sekretem przez 50 lat, ten chłopak z południa miał zobaczyć Londyn. Oprowadzał go jego angielski, ówczesny muzyczny rywal, Tommy Steele. Rewelację ogłosił w radiowym programie jego impresario Bill Kenwright.
Gdyby muzycy zostali zauważeni razem, mogłoby dojść do zamieszek. Presley, który miał wtedy 23 lata, był już tak znany, że potrzebował ochroniarzy do kontrolowania tłumu, kiedy tylko pojawiał się publicznie.
Jak doszło do spotkania obu gwiazd? Legenda mówi, że pewnej nocy zadzwonił do Tommy`ego telefon, a głos w słuchawce nakazał: – Powiedz, że jesteś dobry.
A na pytanie – Kto mówi? – Usłyszał: – Elvis.
– No co ty? – miał odpowiedzieć Tommy – A czy ty jesteś tak dobry jak ja?
I tak zaczęła się ich rywalizacja. Kto wygrał? A czy ktoś z nas wiedział wcześniej, kto to jest Tommy Steele?
W każdym razie muzycy mieli zwiedzać Londyn i spędzić razem dzień. Nie ma żadnych zdjęć z tego czasu. Ale tak to już z legendami jest. Dziś 71-letni Steele, który występuje w sztuce „Dr Dolittle” w podlondyńskim Woking, w notatce dla „Daily Mail” napisał: „To co stało się wiele lat temu, jest czymś w rodzaju sekretu. To było wydarzenie dla dwóch młodych mężczyzn, którzy kochali swoją muzykę i dzielili tę samą chęć osiągnięcia czegoś niewyobrażalnego. Przysięgałem, że nigdy tego publicznie nie wyjawię i żałuję, że jednak ujrzało to światło dzienne. Mam tylko nadzieję, że On mi wybaczy”.
Prawda czy fałsz? Pewne jest tylko to, że takie rewelacje napędzają klientów producentom pamiątek jak firma Elvisly Yours przy Baker Street. W londyńskim sklepie staram się zachować powagę, sunąc wśród cekinów, plastikowych błyszczących ozdób, ołówków z kolorowymi piórami, temperówek z wizerunkiem Króla oraz szklanych kul z jego fotografią i wirującym w nich śniegiem.
Presley nie był łatwym człowiekiem, sława i pieniądze trochę uderzały mu do głowy. Ppodobno kazał sobie przywieźć tysiące żarówek i zapełnić nimi basen. A potem, gdy ćpał i ostro popijał, łapał za rewolwer i strzelał do nich, nasłuchując, jak pięknie z brzękiem się rozpryskują. Ale potrafił się nieźle sprzedać już za życia. Swoją firmę nazwał TCYB czyli Take Care of Your Business i zdaje się, że był prekursorem sprzedawania i kreowania marki.

To się sprawdza. Dziś Elvis jest symbolem i ikoną, która wciąż nie pozwala ominąć jego posiadłości w Memphis, czy sklepów jak ten londyński, ubierać się i śpiewać tak jak On. Nawet na ulicach Londynu jego duch wciąż żyje.



Haka to tradycyjny taniec Maorysów z Nowej Zelandii. Na świecie został rozsławiony przez drużyny sportowe z tego kraju, które wykonują go przed meczami.
Taniec w wykonaniu sportowców, szczególnie wielkich, umięśnionych rugbistów, wygląda jak straszenie przeciwnika. Ważny jest w nim wyraz twarzy, który jest integralną częścią całego pokazu. Stąd wystawianie języka i wytrzeszczanie oczu. Oprócz klepania rękami w uda, tupania nogami i śpiewu, towarzyszą mu też pokrzykiwania.
Rugbiści zaczynają od tradycyjnych słów: „Ka mate ka mate ka ora ka ora”, co oznacza „mogę umrzeć, mogę żyć”.

Do niedawna jedynym przejawem sztuki maoryskiej w Londynie były zakurzone przedmioty w Muzeum Brytyjskim, które ze swej podróży przywiózł słynny James Cook.
Teraz jest inaczej.
Kulturę wyspiarską podtrzymuje w Londynie grupa Manaia, której nazwa oznacza „duchowego przewodnika”. Twierdzą, że są dumni ze swoich korzeni, działając w Londynie od 2004 roku. Specjalizują się w pokazach i programach artystycznych, występując m.in. w ambasadzie Nowej Zelandii w Warszawie. Prowadzą wykłady na temat kultury i warsztaty tańca haka.
– Nasze występy są czymś specjalnym, możecie w nich zobaczyć wiele emocji. Od ciepłego, harmonijnego tańca waiata aż po energetyczne haka, wojenny taniec, który rozsławiła nasza drużyna rugbistów – mówi Karl, jeden z założycieli grupy, którego matka jest Maoryską, a ojciec pochodzi z Europy. Karl podkreśla, że dla niego korzenie są ważne, a poświęcając się sztuce, porzucił karierę prawniczą.
Członkowie Manaia przyznają, że kultura maoryska nie zawsze jest doceniana w samej Nowej Zelandii. Dlatego chwalą sobie wielokulturowy Londyn:
– To wspaniałe, że możemy pokazać naszą sztukę ludziom z innych części świata – mówią.
21:30 Na Trafalgar Square popisują się fani nowego fenomenu - gry Rock Band, czyli próby nadążenia za prawdziwym zespołem grając na plastikowej gitarze i bębnach. Oprócz popisów solowych, gracze z Londynu starli się on-line z kolegami imprezującymi na Placu Czerwonym w Moskwie.

22:00 Londyn jest młodym miastem, porównując z resztą kraju. 44 procent mieszkańców to ludzie w wieku od 20 do 44 lat. Oni muszą się bawić. Szczególnie w piątkowy wieczór.

23:00 Big Ben to najbardziej rozpoznawalny symbol Londynu za granicą. Odmierza czas i wyznacza rytm miasta. Gdy na wskazówce minutowej usiadła kiedyś chmara szpaków, zegar zwolnił o 5 minut. Mieszkańcy zaczęli poważnie zastanawiać się - czyżby to natura sugerowała byśmy nieco zwolnili?

24:00 Północ to dopiero początek zabawy, szczególnie dla przybyszów zza oceanu. Spiderman nie jest brytyjskim bohaterem. Wyglądałby dziwnie próbując przemieszczać się za pomocą pajęczyny między Trafalgar Square a Leicester. Dlatego chodzi po ziemi, nieco się zataczając.

01:00 W Chinatown nawet po północy można napełnić żołądek. Mając do dyspozycji 80 restauracji oferujących dania kuchni mandaryńskiej, kantońskiej, seczuańskiej, mongolskiej i malezyjskiej, jest w czym wybierać.

01:30 Zabawa trwa w najlepsze. W miejscu gdzie niegdyś polował król Henryk VIII, dziś mieści się imprezowa dzielnica Soho. Ale już w tamtych czasach, kiedy łowczy dziabnął jelenia krzyczał “Tally-Ho!”. Kiedy upolował coś mniejszego, wyduszał z siebie tylko “So-Ho!”.

02:00 Kiedy gdzieindziej zabawa zamiera, zawsze pozostaje jeszcze żywotne Camden, kolejna mekka imprezowiczów. Dziś jest jednak inaczej, zimno zaczyna doskwierać, ludzie chowają się do klubów.

03:00 To już ten czas. Choć Londyn ma ponad 11 tysięcy restauracji i kafejek, nad ranem wszyscy kończą w miejscu jak to. Generalnie trzeba wiedzieć, że są dwa rodzaje kebabów – prawdziwy z lepszej restauracji i desperacki, ociekający tłuszczem, pożerany o 3 nad ranem. Większość ludzi woli te drugie.

cdn.
Nigdy nie byłem w Indiach, więc może stąd dłuższy przystanek w londyńsko-hinduskich klimatach. W sumie sam Fogg zabawił tu także chwilę, przebijając się przez subkontynent pociągiem, a później na grzbiecie słonia…
Czas jednak ruszyć w dalszą drogę, cytując jeszcze studentów, którzy żyją marzeniami o karierze w Bollywood.

- Jeśli nie wzięłabym w nim udziału, z pewnością żałowałabym tego - Anu Singh na kurs przyjechała aż z Kalifornii. - Teraz koncentruję się na wyjeździe do Indii, ale oczywiście, jeśli zadzwoni Hollywood, nie powiem „nie” - śmieje się. - W listopadzie polecimy do Bombaju, by zobaczyć kulisy wielkich produkcji i poznać ludzi z branży filmowej. Mam nadzieję, że coś się dla mnie wydarzy. Mimo iż mieszkam w Kalifornii, Londyn jest dla mnie bardziej dostępny niż Hollywood, tu się urodziłam, poza tym wychowałam się na filmach z Bollywood, kocham je.
- Studiowałem dramat w college`u i telewizję na uniwersytecie - dodaje Hassan Khan, który mieszka we wschodnim Londynie. - Grałem w teatrach, brałem udział w licznych produkcjach jako asystent reżysera. Problem w tym, że tutaj brakuje możliwości dla Brytyjczyków azjatyckiego pochodzenia. Dlatego wybrałem ten kurs. Wierzę, że będzie dla mnie trampoliną, by dostać się do filmu w Indiach. Jeśli chodzi o konkurencję, nie wierzę w nią. Gdy jesteś dobry, będzie dla ciebie praca. Wychowałem się na filmach z Bollywood, zawsze śpiewałem, tańczyłem, podziwiałem aktorów. Rodzice w pełni mnie popierają. – Jeśli masz talent, udowodnij to – powiedzieli.
**
A tak poza tym to w Londynie spadł śnieg. Jestem załamany.