Posty zawierające tag ‘muzeum’

Bergamuty z Cooltury

Środa, stycznia 14th, 2009

Oto wszystko co pojawiło się na temat wyprawy “W 80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu)” w druku.

Trochę ciężka, ale za to pełna wersja do ściągnięcia, 20MB, czyli 51 stron żywcem wydartych z tygodnika Cooltura:

cover1

Polecam też skróconą wersję - 4 strony podsumowania, 1.5MB:
cover2

Enjoy!

PS pozdrowienia i podziękowania dla prężnego działu graficznego w Coolturze, który to wszystko elegancko poskładał.

Amerykanie w Londynie

Poniedziałek, grudnia 8th, 2008

DSC_0011

Ameryka wyrosła z kultury brytyjskiej. Ulice Londynu pełne są pamiątek po tych starych, dobrych czasach.

W kościele St. Bride, w okolicy Fleet Street, możemy nawet znaleźć rzeźbę pierwszego białego dziecka, które urodziło się na amerykańskiej ziemi… Była nim Viriginia Dare, a jej rodzice pobrali się wcześniej właśnie w tym kościele.

W Londynie, jako wysłannik Pensylwanii, mieszkał Benjamin Franklin. Oprócz działalności pisarskiej zajmował się tutaj swoimi słynnymi eksperymentami naukowymi. Przy Craven Street mieści się dzisiaj jego muzeum. Franklin, który pracował nad dialogiem pomiędzy Ameryką a Brytanią, był jednym z architektów nowego państwa.

IMG_4509

Przybyszów zza oceanu było znacznie więcej. Po wojnie o niepodległość z Ameryki przyjechało wielu byłych niewolników. Za walkę po stronie Brytanii obiecano im wolność, ale wielu skończyło jako żebracy na ulicach miasta. W 1786 było ich ponad 1000. Stąd wywieziono ich do Sierra Leone, gdzie mieli rozpocząć nową kolonię.

W Londynie z wizytą zjawiali się także Indianie, przyjmowani tu z honorami, ale także jako ciekawostkę przyciągającą publiczność. Przypuszcza się, że nawet najsłynniejsza Indianka, Pocahontas, spędziła trochę czasu w Londynie.

Amerykanie zakładali tu biznesy, czego przykładem jest np. mieszczący się przy Oxford Street dom towarowy Selfridge’s.

Nancy Astor, pierwsza kobieta, która została posłem, także pochodziła z Ameryki. Była przedstawicielką dam, które w XIX i na początku XX wieku wychodziły za mąż za Brytyjczyków, podobnie jak matka Winstona Churchilla, Jennie Jerome.

IMG_4395

W czasie wojen na Wyspach zjawiali się amerykańscy żołnierze. 34 tysięcy z nich wylądowało na plażach Normandii w 1944 r.

Pod koniec lat 60-tych w Londynie mieszkał Jimi Hendrix. Dziś szacuje się, że osiedliło się tu 45 tysięcy Amerykanów.

Z wyspy na Wyspy, czyli Maorysi w Londynie

Niedziela, listopada 30th, 2008

manaia1

Do niedawna jedynym przejawem sztuki maoryskiej w Londynie były zakurzone przedmioty w Muzeum Brytyjskim, które ze swej podróży przywiózł słynny James Cook.

Teraz jest inaczej.

Kulturę wyspiarską podtrzymuje w Londynie grupa Manaia, której nazwa oznacza „duchowego przewodnika”. Twierdzą, że są dumni ze swoich korzeni, działając w Londynie od 2004 roku. Specjalizują się w pokazach i programach artystycznych, występując m.in. w ambasadzie Nowej Zelandii w Warszawie. Prowadzą wykłady na temat kultury i warsztaty tańca haka.

– Nasze występy są czymś specjalnym, możecie w nich zobaczyć wiele emocji. Od ciepłego, harmonijnego tańca waiata aż po energetyczne haka, wojenny taniec, który rozsławiła nasza drużyna rugbistów – mówi Karl, jeden z założycieli grupy, którego matka jest Maoryską, a ojciec pochodzi z Europy. Karl podkreśla, że dla niego korzenie są ważne, a poświęcając się sztuce, porzucił karierę prawniczą.

Członkowie Manaia przyznają, że kultura maoryska nie zawsze jest doceniana w samej Nowej Zelandii. Dlatego chwalą sobie wielokulturowy Londyn:

– To wspaniałe, że możemy pokazać naszą sztukę ludziom z innych części świata – mówią.

Jeden zero

Wtorek, listopada 25th, 2008

colossus

Komputery nieprędko zapanują nad światem. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, przygotowując się jakiś czas temu do uczelnianej, multimedialnej prezentacji na temat ludzkiej mowy. Przypominam ją sobie teraz, kiedy zbieram te wszystkie języki po całym Londynie.

Maszyny, choć też mają swój język, niczego nie rozumieją…

W prezentacji chciałem pokazać, jak różne języki dzielą ludzi, ale okazało się, że z nami nie jest jeszcze najgorzej. Zawsze myślałem, że przynajmniej maszyny są doskonałe: jedynka i zero, zero i jedynka, to wszystko, czym się posługują.

Zaczęło się niewinnie – od mikrofonu i nagrania dźwięku. Tłumaczymy go na zero i jedynkę. Karta dźwiękowa i komputer, którym się posługiwałem, niestety nie spełniały kryteriów jakości. I zaczęła się zabawa z tłumaczeniem jednego formatu na drugi. Musiałem pożyczyć komputer, udało się zmontować głos i muzykę, którą musiałem komputerowi tłumaczyć – z płyt audio na mp3.

Teraz obraz. I to samo. Obróbka zdjęć, potem program do animacji, gdzie tłumaczyłem obrazy na używane w nim „symbole”. Udało się, choć przyprawiło o ból głowy.

Ale to dopiero początek. Gdy dodajemy do obrazu dźwięk, wpadamy w kolejną translacyjną pułapkę. Wszystko działa synchronicznie, dopóki nie wyeksportujemy pliku jako quicktime movie (czyli przetłumaczymy, by móc wypalić DVD).

Nadążacie?

Teraz ten nie do końca zsynchronizowany plik musimy jakoś skopiować na srebrny krążek (przetłumaczyć?). To były czasy, kiedy przenośne dyski twarde były rzadkością, a mój komputer nie miał wypalarki DVD. Miał ją tylko Macintosh w szkolnym laboratorium. Ale to nie takie proste. PC do Maca podłączyć łatwo się nie da (inna kultura, język). I tak dalej, i tak dalej. Droga przez mękę.
Za piętnaście jedenasta, prezentacje zaczynają się o jedenastej. Doszedłem do etapu, że mogę wypalić płytę. Tylko, że kupiłem niewłaściwą. Mac jej nie czytał…

Gonitwa przez miasto, by kupić następną. Udaje się. Prawie na czas…

I w sumie: cztery komputery, trzy płyty kompaktowe, mikrofon, dwie płyty DVD, formaty: mp3, wav, jpg, gif, fla, swf, mov, dwa kable, programy do nagrywania i edycji dźwięku, zgrywania z CD, obróbki zdjęć, animacji, wypalania kompaktów i DVD, odtwarzacz, projektor, notes i pióro.
Wszystko, by zrobić trzyminutową prezentację, w której pokazujemy, że porozumienie mimo językowych różnic jest jak najbardziej możliwe…

PS A na fotce jeden z pierwszych komputerów na świecie, który został zaprojektowany w Londynie. To Colossus, który w czasie II wojny światowej służył kryptologom z Bletchley Park do łamania kodów niemieckich wiadomości. Była to pierwsza cyfrowa maszyna, którą można było programować. Po wojnie trzymano ją w tajemnicy aż do lat 70-tych. Działającą replikę można dziś obejrzeć w Bletchley Park, 80 km na północ od Londynu, gdzie łamano także kody Enigmy. Od tego czasu komputery znacznie się zmieniły, ale wciąż czasami trudno się z nimi dogadać.

Londyn znad Nilu

Środa, padziernika 15th, 2008

Egyptian London

– Od dziewięciu lat poszukuję śladów wpływu starożytnego Egiptu na Londyn. Gdy zaczynałem, nie byłem pewien, czy zbiorę wystarczająca ilość materiału, by stworzyć z tego książkę. Okazało się, że te wpływy są o wiele mocniejsze, niż się spodziewałem! – opowiada Chris Elliott, członek Egypt Exploration Society, który odnalazł i opisał w Londynie już ponad 250 lokalizacji związanych ze starożytną kulturą.

Chris Elliott - Egyptian London

– To jedna z najstarszych cywilizacji i w dodatku dobrze zachowana. Pozostałości po niej są spektakularne. O starożytnych Egipcjanach wiemy sporo, bo dużo pisali – mówi Chris Elliott, który chciałby opublikować swoją książkę za rok.

Na londyńczyków kultura Egiptu miała wpływ już od początku. W czasach Rzymian, była tu świątynia Ozyrysa. W średniowieczu wielbłądy pojawiały się w herbach szlacheckich. Pierwsze mumie przywieziono do Londynu w XVIII wieku. Prawdziwy rozkwit zainteresowania kulturą Egiptu zaczął się jednak sto lat później.

– To było w czasach wojen napoleońskich. By bronić angielskiego połączenia z Indiami, Brytyjczycy pokonali Francuzów najpierw na wodzie, a potem na lądzie. Przywożone w tym czasie do British Museum przedmioty, to wojenne łupy – opowiada Chris. – To był początek wielkiej kolekcji, a Egipt stał się niezwykle modny wśród arystokracji i w królewskich kręgach.

Egyptian London

Zaczęto dekorować domy w egipskie wzory, powstały grobowce inspirowane sztuką znad Nilu. Po wojnach napoleońskich Egipt odwiedzało coraz więcej Brytyjczyków. Tworzyli prywatne kolekcje oraz modele grobowców pokazywane w Londynie. Kolekcjonerzy stawali się członkami wyższych sfer, bo pokazywali to, czego nikt tutaj wcześniej nie widział.

Z ponad 250 opisanych przez siebie lokalizacji, Chris Elliott poleca szczególnie wizerunek bogini Sechmet o głowie lwa, który zdobi wejście do słynnego dom aukcyjnego Sotheby`s przy New Bond Street.

– W środku jest też druga, drewniana statuetka, która ma 5000 lat, która jest tam przesuwana z miejsca na miejsce. Kiedy ją fotografowałem, wypadła z rąk człowieka, który ją właśnie przenosił. Szybko postawił ją z powrotem. To ma 5000 lat… – pisnąłem tylko.

Na cmentarz w Abney Park prowadzi brama wykonana w stylu egipskim. Smaczkiem jest fakt, że autor zrobił błąd w hieroglifach, można powiedzieć – ortograficzny.

Nie można przeoczyć oryginalnego obelisku nazwanego Cleopatra`s Needle, który wznosi się przy Embankment. Wspaniałe zdobienia egipskie można zobaczyć na Britannia House przy Shaftesbury Avenue.

Egyptian London

Związek z Egiptem miał też Klub Reforma przy Pall Mall. W 1846 r. wydano tu bankiet dla Ibrahima Pashy, syna Muhammada Ali, władcy Egiptu. Szef kuchni, Alexis Benoit Soyer (który nomen omen opublikował pierwszy przepis na frytki) stworzył deser w kształcie piramidy, mający prawie 1 metr wysokości, z podobiznami władców Egiptu.

No i oczywiście dom handlowy Harrods…

Egyptian London

Ale czy to nie jest przypadkiem kicz?

- Owszem, czasem twórca może przesadzić. Rozmawiałem z projektantem egipskiego hallu w Harrodsie – mówi Chris Elliott. – Nie uważa, że wyszedł mu kicz. Jednak dla mnie to spektakularne, ale za bardzo barokowe. Wolę bardziej klasyczne interpretacje.

Egyptian London

Mroczna historia Madame Tussaud

Sobota, padziernika 4th, 2008

nocolas sarcozy

Nicolas Sarkozy, ku rozczarowaniu publiczności, w Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds stoi sam, bez Carli Bruni. Wykonanie podobizny zajęło 4 miesiące i kosztowało 150 tysięcy funtów. Pracowało nad nią 20 artystów. Francuzi, oprócz Brytyjczyków, są tu najczęstszymi gośćmi.

Dzieje jednej z popularniejszych atrakcji Londynu, Muzeum Figur Woskowych, sięgają czasów krwawej rewolucji francuskiej. Zanim mogły powstać podobizny Johnny`ego Deepa czy Angeliny Jolie, słynna Madame Tussaud robiła odlewy ściętych przez gilotynę arystokratów. Przed krwawą rewolucyjną machiną uratował ją talent. Tussaud sympatyzowała z królewskim dworem, za co została aresztowana.

W więzieniu, czekając na egzekucję, ogolono jej już nawet głowę. W ostatniej chwili rewolucjoniści zdecydowali się ją oszczędzić i zatrudnić do robienia pośmiertnych masek arystokratów i przeciwników rewolucji. Tussaud, zmuszona brodzić wśród ciał bez głów, poszukiwała swoich dawnych przyjaciół.

Gdy wreszcie wyjechała do Londynu w 1802 r., przybyła z objazdową wystawą stworzonych wcześniej wizerunków. Podróżowała po Wielkiej Brytanii i Irlandii, ostatecznie decydując się na zamieszkanie w Londynie, gdzie dziś jej Muzeum mieści ponad 300 figur i jest odwiedzane przez miliony turystów, chcących mieć fotografię z osobistościami ze świata filmu, muzyki, sportu czy polityki takimi jak ci pięknisie: