
Na spotkanie umówiliśmy się w jednym z eleganckich klubów dla wyższych sfer. Trochę się denerwowałem, nie wiedziałem, jak ułożyć ręce, jak się przywitać, co powiedzieć. Czekałem na Marie Scott, wydawcę „Savile Row”, magazynu dla dżentelmenów i dam.
Savile Row to także nazwa ulicy w centralnym Londynie, przy której mieszkał Phileas Fogg, dżentelmen z krwi i kości, bohater powieści Julesa Verne`a. Nie przez przypadek autor wybrał właśnie ten adres. Ulica ta słynie z zakładów krawieckich z najwyższej półki.
Rozmówczyni spóźniła się nieco. To mnie ośmieliło. Wygląda na to, że nawet dama może pozwolić sobie na taką słabość.
– Czy napijesz się kawy? – zapytała po przeprosinach.
– Chętnie – odpowiedziałem, przechodząc od razu do pytania o wizerunek dżentelmenów który mamy: elegancko ubranego człowieka z laseczką, przechadzającego się dostojnie.
– To tylko jeden rodzaj – zaśmiała się Marie, wyjaśniając, że dzisiaj wystarczy mieć dobre maniery, by móc nazwać się dżentelmenem. Trzeba być dobrym dla innych, opiekować się słabymi, mieć swój honor.
– Okropna kawa, przepraszam za to. Zimna, czyż nie? – przerwała. – Oczywiście nadal istnieją kluby dla dżentelmenów, w większości niezmienione. Ważne jest, do jakiej szkoły się chodziło, to głównie w tych elitarnych z internatem uczyło się manier. Ważne jest też wychowanie w rodzinie – mówiła dostojnie Marie Scott, podsuwając talerzyk i kończąc wątek słowami: – Poczęstuj się proszę ciasteczkiem.
– Dziękuję – odpowiedziałem. – Ale dlaczego w ogóle warto być dżentelmenem?
– To czyni twoje życie bardziej przyjemnym. Ludzie lubią dżentelmenów – stwierdziła rozmówczyni.
– Ale czy przez te wszystkie nienaganne maniery nie tworzy się dystans między ludźmi?
– Dlaczego tak myślisz? To jest także część bycia dżentelmenem czy damą, muszą sprawiać, że ludzie czują się przy nich dobrze. Jeszcze ciasteczko?