Michael Palin, jeden z twórców legendarnego Latającego Cyrku Monty Pythona, a dziś zapalony podróżnik, dodał osiemdziesiąty język do mojej kolekcji. Przedstawiając się po angielsku, wspomniał, że bardzo lubi pić z Polakami:
English language, Michael Palin
Spotkałem go w księgarni Stanfords na Covent Garden, gdzie podpisywał najnowsze wydanie książki o swojej osiemdziesięciodniowej podróży dookoła świata. To wydanie specjalne i jubileuszowe, które ukazało się po dwudziestu latach od oryginalnej wyprawy, filmowanej przez BBC.
Podróż „W 80 dni dookoła świata” była projektem telewizyjnym z 1989 roku, zainspirowanym, podobnie jak moja podróż – powieścią Juliusza Verne`a. Palin i jego ekipa starali się przebyć tę samą trasę co Phileas Fogg, używając środków transportu dostępnych w XIX wieku.
Dla Palina było to furtką do kolejnych podróży – dookoła Pacyfiku, śladami Ernesta Hemingwaya, przez Saharę i Himalaje, od bieguna północnego na południowy, a ostatnio do państw Europy Środkowej i Wschodniej.
***
Na zastanowienie się jakie furtki otworzyła moja podróż przyjdzie jeszcze czas. To już koniec. 80 dni za nami. Dziękuję wszystkim za wsparcie, pomoc i rady. Mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce. Kolejne pomysły już buzują;))
Przez ostatnie dwa i pół miesiąca starałem się udowodnić, że okrążenie świata w 80 dni, bez wyjeżdżania z Londynu, jest jak najbardziej możliwe. Mieszkamy przecież w jednym z najbardziej zróżnicowanych etnicznie miejsc na Ziemi.
Pomysł podróży wokół Londynu zrodził się w miejscu, gdzie większość odkrywców rozpoczyna swe wojaże. Księgarnia Stanfords przy Long Acre w Covent Garden, od ponad stu lat dostarcza inspiracji podróżnikom i turystom. Gdy schodzimy do piwnic, widzimy podłogę, którą zdobi ogromna mapa Londynu. Stojąc jedną nogą na Hammersmith, druga ledwo sięga Ealingu… Piętro wyżej, na półce znalazłem książkę Michaela Palina o jego podróży „W 80 dni dookoła świata”, inspirowanej powieścią Juliusza Verne`a. Łącząc te dwa fakty, powstał pomysł przemierzenia Londynu w poszukiwaniu ludzi z całego globu.
Opowiedziałem o tym Geordiemu Torrowi, redaktorowi naczelnemu magazynu Geographical. Choć przyznał, że plan ma szansę powodzenia, pozostał sceptyczny. Uważał, że w jego rodzinnym Sydney klimat wielokulturowości można odczuć bardziej niż w stolicy Wielkiej Brytanii.
- Oczywiście mimo wszystko, porównując z Australią, Londyn to wspaniałe miejsce żeby zacząć podróż – przyznał redaktor. - Ma łatwy dostęp do Afryki, a nawet Azji, np. Indii czy Pakistanu. Jest tu duża społeczność pochodząca z tych krajów, są więc częste i relatywnie tanie loty.
Tylko, że ja wyjeżdżać nie chciałem. Poza tym, Geographical jest magazynem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, które często bywa sceptyczne wobec różnych eksploracyjnych pomysłów. Na kartach książki Verne`a, w swoim biuletynie udowadniało na przykład, że podróż w 80 dni dookoła świata nie jest możliwa.
Nie ma w Londynie miejsca bardziej związanego z Phileasem Foggiem, bohaterem powieści, niż Klub Reforma przy Pall Mall. Tutaj wszystko się zaczęło. Właśnie stąd ekscentryczny dżentelmen wyruszył w swą podróż i tu przyjął zakład, że zrobi to w wyznaczonym czasie. Reforma jest jednym z najbardziej nobliwych klubów towarzyskich Londynu. Dziś wejścia strzegą portierzy. Są mili, ale stanowczy.
- Przykro mi, nie mogę cię po prostu wziąć i oprowadzić – wycedził porter, tytułując mnie przy tym „Sir”. – Obawiam się, że to wszystko, co możesz zobaczyć. To prywatny klub.
Zdążyłem tylko zaglądnąć przez szybę w korytarzu. W środku ukazało mi się bogato zdobione wnętrze, całe w boazerii, z wielkimi schodami ku górze i portretami na ścianach. Portier przestąpił mi drogę.
Przygotowując się do drogi, sprawdziłem też czy w dzisiejszych czasach detektyw Fix z książki, który podejrzewał Phileasa Fogga o napad na bank, musiałby się za nim uganiać dookoła globu. W wysokim i przeszklonym wieżowcu New Scotland Yard, głównej siedzibie policji, powitał mnie inspektor Paul Fuller, szef wydziału ekstradycji, który wyjaśniał mechanizmy aresztowania przestępców uciekających za granicę. Imperium skurczyło się i policja brytyjska nie ma już jurysdykcji w innych krajach, nie może aresztować nikogo poza granicami. Fix nie był w stanie zatrzymać Fogga, bo czekał na przesłanie nakazu z Londynu, najpierw w Egipcie, a później, kiedy papier nie dotarł na czas, zmuszony był wsiąść z podejrzanym na statek do Indii, by tam ponownie podjąć próbę aresztowania.
– Cóż, trochę się od tego czasu zmieniło. Nakaz może być uzyskany nawet w godzinę – powiedział współczesny detektyw.
Spotkałem też Marie Scott, wydawcę „Saville Row”, magazynu dla dżentelmenów i dam. Saville Row to także nazwa ulicy w centralnym Londynie, przy której mieszkał Phileas Fogg, dżentelmen z krwi i kości. Pytałem więc o wizerunek angielskiego dżentelmena, który mamy - elegancko ubranego człowieka z laseczką, przechadzającego się dostojnie. Odpowiedź Marie była pocieszająca.
– To tylko jeden rodzaj – zaśmiała się, wyjaśniając, że dzisiaj wystarczy mieć nienaganne maniery, by móc nazwać się dżentelmenem. Trzeba być dobrym dla innych, opiekować się słabymi i mieć swój honor.
Tego mi nie brakuje – pomyślałem sobie. Brakowało mi natomiast czegoś innego. Na szczęście nie potrzebowałem fortuny, tak jak Fogg, by objechać świat.
Wystarczył bilet na metro.
***
A z językowej opresji wybawili mnie Afrykanie. Oto języki numer 78 i 79. Araya, pracownik ambasady Erytrei, zamiast swojego imienia wymówił moje, żebym łatwiej mógł się przedstawic, gdy znajdę się w jego kraju. Drugi język to wolof z Senegalu, którym posługuje się Mamadu, pracujący w afrykańskim centrum kulturowym na Covent Garden, w samym centrum Londynu:
Tigrinya language, Araya
Wolof language, Mamadu
Pozostał mi jeszcze jeden dzień i jeden język. Już go mam. Kto się nagrał? Wyjaśnię jutro.
Czasami proszę spotkane osoby o zapisanie dla mnie kilku zdań w swoim języku. Oto albański:
mokpe z Kamerunu:
i birmański:
Prosząc o próbki głosowe, pokazuję ludziom kartkę ze zdaniami po angielsku do przetłumaczenia. Wygląda to mniej więcej tak:
Hello. My name is …
I am from …
I speak …
I live in London.
Thank you.
Ostatnio osoba, którą poprosiłem o próbkę angielskiego wypełniła mi swym pismem wykropkowane miejsca.
I teraz, gdy pokazuję tę kartkę innym, kończy się tak, że człowiek, który ma na imię Ulugbek i pochodzi z Uzbekistanu, przedstawia się jako… no właśnie kto?
Już wkrótce się to wyjaśni;) Jeszcze tylko 4 języki.
Po wnikliwej inspekcji globusa, okazało się, że są jeszcze na Ziemi tak sympatyczne kraje jak Kirgistan, o których nie zawsze pamiętamy. W Londynie odnalazłem ambasadę i Sabirę, która przedstawiła się w języku kirgiskim:
Kyrgyz language, Sabira
Z tego wynika, że globus może przydać się nawet w podróży po jednym mieście.
***
A jutro rano połączymy się ponowne z programem “Kawa czy herbata”. Oglądajcie ok. 7:15, a dowiecie się kto nagrał dla mnie język angielski;) To będzie coś!
Gdy przeczytałem, że w Nigerii jest 521 skatalogowanych języków, prawie kupiłem bilet lotniczy. Mnie na razie udało się namówić Michaela, którego spotkałem pod ambasadą w Londynie, żeby powiedział kilka słów do mikrofonu w jednym z głównych języków - igbo:
Dzisiaj wchodzi do londyńskich kin film Trade z naszą Alicją. Kiedy tu była, już prawie rok temu, przyjechała prosto z Hollywood.
Kontynuując na Bergamutach amerykański wątek w Londynie, trzeba powiedzieć, że Alicja Bachleda-Curuś urodziła się w Meksyku, a szkołę teatralną i filmową ukończyła w Nowym Jorku. W filmie „Trade”, u boku Kevina Kline’a zagrała jedną z głównych ról – Polkę porwaną przez gang handlarzy ludźmi. Pojawiła się na okładkach wielkich amerykańskich czasopism i zdobyła też kilka nagród.
I ciągle biedna nie wie co ma zrobić, bo w Polsce wszyscy i tak mają ją za Zosię…
***
A dziś w języku mokpe wypowiada się pan Ndi, pochodzący z kameruńskiej wioski Muea: