Przez ostatnie dwa i pół miesiąca starałem się udowodnić, że okrążenie świata w 80 dni, bez wyjeżdżania z Londynu, jest jak najbardziej możliwe. Mieszkamy przecież w jednym z najbardziej zróżnicowanych etnicznie miejsc na Ziemi.
Pomysł podróży wokół Londynu zrodził się w miejscu, gdzie większość odkrywców rozpoczyna swe wojaże. Księgarnia Stanfords przy Long Acre w Covent Garden, od ponad stu lat dostarcza inspiracji podróżnikom i turystom. Gdy schodzimy do piwnic, widzimy podłogę, którą zdobi ogromna mapa Londynu. Stojąc jedną nogą na Hammersmith, druga ledwo sięga Ealingu… Piętro wyżej, na półce znalazłem książkę Michaela Palina o jego podróży „W 80 dni dookoła świata”, inspirowanej powieścią Juliusza Verne`a. Łącząc te dwa fakty, powstał pomysł przemierzenia Londynu w poszukiwaniu ludzi z całego globu.
Opowiedziałem o tym Geordiemu Torrowi, redaktorowi naczelnemu magazynu Geographical. Choć przyznał, że plan ma szansę powodzenia, pozostał sceptyczny. Uważał, że w jego rodzinnym Sydney klimat wielokulturowości można odczuć bardziej niż w stolicy Wielkiej Brytanii.
- Oczywiście mimo wszystko, porównując z Australią, Londyn to wspaniałe miejsce żeby zacząć podróż – przyznał redaktor. - Ma łatwy dostęp do Afryki, a nawet Azji, np. Indii czy Pakistanu. Jest tu duża społeczność pochodząca z tych krajów, są więc częste i relatywnie tanie loty.
Tylko, że ja wyjeżdżać nie chciałem. Poza tym, Geographical jest magazynem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, które często bywa sceptyczne wobec różnych eksploracyjnych pomysłów. Na kartach książki Verne`a, w swoim biuletynie udowadniało na przykład, że podróż w 80 dni dookoła świata nie jest możliwa.
Nie ma w Londynie miejsca bardziej związanego z Phileasem Foggiem, bohaterem powieści, niż Klub Reforma przy Pall Mall. Tutaj wszystko się zaczęło. Właśnie stąd ekscentryczny dżentelmen wyruszył w swą podróż i tu przyjął zakład, że zrobi to w wyznaczonym czasie. Reforma jest jednym z najbardziej nobliwych klubów towarzyskich Londynu. Dziś wejścia strzegą portierzy. Są mili, ale stanowczy.
- Przykro mi, nie mogę cię po prostu wziąć i oprowadzić – wycedził porter, tytułując mnie przy tym „Sir”. – Obawiam się, że to wszystko, co możesz zobaczyć. To prywatny klub.
Zdążyłem tylko zaglądnąć przez szybę w korytarzu. W środku ukazało mi się bogato zdobione wnętrze, całe w boazerii, z wielkimi schodami ku górze i portretami na ścianach. Portier przestąpił mi drogę.
Przygotowując się do drogi, sprawdziłem też czy w dzisiejszych czasach detektyw Fix z książki, który podejrzewał Phileasa Fogga o napad na bank, musiałby się za nim uganiać dookoła globu. W wysokim i przeszklonym wieżowcu New Scotland Yard, głównej siedzibie policji, powitał mnie inspektor Paul Fuller, szef wydziału ekstradycji, który wyjaśniał mechanizmy aresztowania przestępców uciekających za granicę. Imperium skurczyło się i policja brytyjska nie ma już jurysdykcji w innych krajach, nie może aresztować nikogo poza granicami. Fix nie był w stanie zatrzymać Fogga, bo czekał na przesłanie nakazu z Londynu, najpierw w Egipcie, a później, kiedy papier nie dotarł na czas, zmuszony był wsiąść z podejrzanym na statek do Indii, by tam ponownie podjąć próbę aresztowania.
– Cóż, trochę się od tego czasu zmieniło. Nakaz może być uzyskany nawet w godzinę – powiedział współczesny detektyw.
Spotkałem też Marie Scott, wydawcę „Saville Row”, magazynu dla dżentelmenów i dam. Saville Row to także nazwa ulicy w centralnym Londynie, przy której mieszkał Phileas Fogg, dżentelmen z krwi i kości. Pytałem więc o wizerunek angielskiego dżentelmena, który mamy - elegancko ubranego człowieka z laseczką, przechadzającego się dostojnie. Odpowiedź Marie była pocieszająca.
– To tylko jeden rodzaj – zaśmiała się, wyjaśniając, że dzisiaj wystarczy mieć nienaganne maniery, by móc nazwać się dżentelmenem. Trzeba być dobrym dla innych, opiekować się słabymi i mieć swój honor.
Tego mi nie brakuje – pomyślałem sobie. Brakowało mi natomiast czegoś innego. Na szczęście nie potrzebowałem fortuny, tak jak Fogg, by objechać świat.
Wystarczył bilet na metro.
***
A z językowej opresji wybawili mnie Afrykanie. Oto języki numer 78 i 79. Araya, pracownik ambasady Erytrei, zamiast swojego imienia wymówił moje, żebym łatwiej mógł się przedstawic, gdy znajdę się w jego kraju. Drugi język to wolof z Senegalu, którym posługuje się Mamadu, pracujący w afrykańskim centrum kulturowym na Covent Garden, w samym centrum Londynu:
Tigrinya language, Araya
Wolof language, Mamadu
Pozostał mi jeszcze jeden dzień i jeden język. Już go mam. Kto się nagrał? Wyjaśnię jutro.
Jak na redaktora naczelnego magazynu Geographical przystało, Geordie Torr spędza 4 godziny dziennie w podróży. Nie przepadając za Londynem, woli wyjeżdżać z okolic Winchesteru.
Uważa, że w Sydney panuje bardziej wielokulturowy klimat niż w stolicy Wielkiej Brytanii.
- Oczywiście mimo wszystko, porównując z moją rodzinną Australią, Londyn to wspaniałe miejsce żeby zacząć podróż – przyznaje redaktor. - Ma łatwy dostęp do Afryki, a nawet Azji, np. Indii czy Pakistanu.
Jest tu duża społeczność pochodząca z tych krajów, są więc częste i relatywnie tanie loty. Australia jest bardziej odizolowana, wyjeżdżając z niej, trzeba to zrobić od razu na kilka tygodni, stąd można wybierać się na krótsze wyskoki, nawet na weekendy. Mimo tej przewagi Londynu i bycia dobrą bazą wypadową, redaktor naczelny ma swoje zdanie na temat wielokulturowości w Wielkiej Brytanii.
- Pochodzę z Sydney, które pod wieloma względami jest podobne do tego miasta. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, sporo kręciłem się po Londynie. Wydawało mi się, że mimo wszystko w Sydney bardziej czuć atmosferę mieszanki kulturowej. W Londynie jest tendencja do gromadzenia się różnych narodowości w skupiskach. W Australii ludzie bardziej się integrują. Centrum Sydney jest niesamowicie kosmopolitycznie – opowiada Geordie.
– W okolicy, gdzie mieszkałem, zaraz obok Harbour Bridge, było małe skupisko sklepów z przedstawicielami piętnastu różnych narodowości. Moi sąsiedzi pochodzili z Włoch, mieli wiele swoich tradycji, ale byli bardzo zintegrowani z resztą.
Patrząc na projekt naszej podróży po Londynie, pytany o potencjalne trudności Geordie podsumowuje: - Oczywiście Londyn jest niesamowicie wielokulturowy i należy go odkrywać. Eksplorację może jednak utrudniać ta tendencja do grupowania się i zamykania przed innymi.
Nie może być podróży dookoła świata, bez dodatkowych emocji. Postanowiłem znaleźć 80 różnych języków, którymi mówi się w Londynie. Ale już teraz wiem, że o ile nie będzie problemu z polskim czy czeskim, to znalezienie mlaskowego języka Zulusów może przysporzyć trudności… Uda się?
- Myślę, że będziesz miał problem - mówi Geordie Torr, redaktor naczelny magazynu Geographical. - Powiedziałbym, że nie. Nie uda się. Jest szansa, ale pod koniec będą olbrzymie trudności.
- Założysz się?
- Jestem bardzo ciekaw jak ci pójdzie. Ale jeśli się nie uda, musisz napisać artykuł o magazynie Geographical w Coolturze i na swojej stronie, w którym przyznasz się do porażki.
- A jeśli mi się uda?
- Jeśli ci się uda, hmm, napiszemy o tym u nas.