
Po co pić, a potem jeździć samochodem, skoro można odbyć podróż dookoła świata, nie ruszając się z baru.
Oczywiście takie koktajlowe wrażenia z podróży należy odpowiednio dawkować. W te zimne londyńskie wieczory proponuję zacząć od Brytyjskiego Lata (cider i piwo imbirowe). To mała rozgrzewka przed czymś szlachetniejszym – bo niby dlaczego nie możemy przystąpić do wyzwolenia Kuby? To dosyć proste. Do zrobienia Cuba Libre potrzebny jest jedynie rum, cola i trochę cytryny.
Nieco rozgrzani możemy pojechać jeszcze dalej, choć potrzebujemy jakiegoś sprawnego środka transportu pomiędzy miejscami. Tutaj niezastąpiony jest szybki TGV (tequila, gin, wódka) albo jeszcze lepiej wielki bombowiec B-52 (Kahlua, Baileys, Cointreau), który może odstawić nas nawet na drugi koniec świata, gdzie dostaniemy wspaniały Singapore Sling (gin, cherry brandy, woda sodowa, sok z cytryny).
Właściwie teraz już odległości nie mają dla nas znaczenia. Do Alabamy (brandy, curacao, sok z limety, syrop cukrowy) możemy skoczyć Niebieskim Motocyklem (gin, tequila, wódka, rum, curacao, 7up). Jadąc już trochę mniej rześko, teraz w motocyklowej przyczepce (Side Car: brandy, Triple sec, sok z cytryny) możemy dotrzeć na Karaiby, by trochę odpocząć (Caribbean blues: wódka, curacao, Martini Bianco).
Na tym etapie podróży trzeba tylko uważać żeby lotem Kamikaze (wódka, Triple sec, sok cytrynowy) nie trafić na Manhattan (whisky, wermut). Lepiej wysiąść wcześniej, przy Long Island i jej Ice Tea (dużo alkoholi dopełnionych kolą. Zwiększając litraż alkoholi zwiększa się też długość: Half Mile Long Island Ice Tea, One Mile Long Island Ice Tea itd.).
W naszej podróży spotkamy wielu przyjaznych mieszkańców z innych krajów – możemy zaprzyjaźnić się z Czarnym Rosjaninem (wódka, Kahlua) albo Bezgłowym Meksykaninem (piwo, tequila, Kahlua). Możemy nawet wymachiwać narodowymi flagami – meksykańską (warstwowo: grenadyna, tequila i creme de menthe), włoską (absynt, sambuca, czerwony likier) czy polską (syrop malinowy, wódka).
Teraz jesteśmy już gotowi na słuchanie barowych opowieści z różnych części świata. Np. o tym, jak do baru wchodzi Polak, Rusek, Niemiec, baba od lekarza i blondynka. A barman na to – Co to ma być, jakiś dowcip?
Albo o kangurze, który wszedł do baru w Australii i zamówił piwo. Barman podał, podliczył 10 dolarów, po czym zastanowił się: – Hmm, nie mamy tu wielu kangurów przychodzących do baru…
Na co kangur: – Phi, nie dziwię się, jeśli macie piwo za 10 dolców.
Piękne są te koktajlowe podróże. Czasem ekstremalne i kosztowne, ale zawsze bardzo pouczające. Chcemy więc dalej i więcej. Lecz trzeba uważać, bo są też granice. Na nich czai się koktajl Mołotowa.