Na barykadzie;)
Piątek, kwietnia 3rd, 2009

Po małej przerwie na świąteczne obżarstwo i sylwestorwe hulanki, wracam na Bergamuty (tak wiem, długo mi zajęło dochodzenie do siebie;). Tym razem produkcja filmowa z manifestacji przeciwko masakrom w Gazie. Coś mi się wydaje, że teraz będę produkował więcej ruchomych obrazków. Obudził się we mnie filmowy zwierz.

…a zakonnice na gigancie;)

Po co pić, a potem jeździć samochodem, skoro można odbyć podróż dookoła świata, nie ruszając się z baru.
Oczywiście takie koktajlowe wrażenia z podróży należy odpowiednio dawkować. W te zimne londyńskie wieczory proponuję zacząć od Brytyjskiego Lata (cider i piwo imbirowe). To mała rozgrzewka przed czymś szlachetniejszym – bo niby dlaczego nie możemy przystąpić do wyzwolenia Kuby? To dosyć proste. Do zrobienia Cuba Libre potrzebny jest jedynie rum, cola i trochę cytryny.
Nieco rozgrzani możemy pojechać jeszcze dalej, choć potrzebujemy jakiegoś sprawnego środka transportu pomiędzy miejscami. Tutaj niezastąpiony jest szybki TGV (tequila, gin, wódka) albo jeszcze lepiej wielki bombowiec B-52 (Kahlua, Baileys, Cointreau), który może odstawić nas nawet na drugi koniec świata, gdzie dostaniemy wspaniały Singapore Sling (gin, cherry brandy, woda sodowa, sok z cytryny).
Właściwie teraz już odległości nie mają dla nas znaczenia. Do Alabamy (brandy, curacao, sok z limety, syrop cukrowy) możemy skoczyć Niebieskim Motocyklem (gin, tequila, wódka, rum, curacao, 7up). Jadąc już trochę mniej rześko, teraz w motocyklowej przyczepce (Side Car: brandy, Triple sec, sok z cytryny) możemy dotrzeć na Karaiby, by trochę odpocząć (Caribbean blues: wódka, curacao, Martini Bianco).
Na tym etapie podróży trzeba tylko uważać żeby lotem Kamikaze (wódka, Triple sec, sok cytrynowy) nie trafić na Manhattan (whisky, wermut). Lepiej wysiąść wcześniej, przy Long Island i jej Ice Tea (dużo alkoholi dopełnionych kolą. Zwiększając litraż alkoholi zwiększa się też długość: Half Mile Long Island Ice Tea, One Mile Long Island Ice Tea itd.).
W naszej podróży spotkamy wielu przyjaznych mieszkańców z innych krajów – możemy zaprzyjaźnić się z Czarnym Rosjaninem (wódka, Kahlua) albo Bezgłowym Meksykaninem (piwo, tequila, Kahlua). Możemy nawet wymachiwać narodowymi flagami – meksykańską (warstwowo: grenadyna, tequila i creme de menthe), włoską (absynt, sambuca, czerwony likier) czy polską (syrop malinowy, wódka).
Teraz jesteśmy już gotowi na słuchanie barowych opowieści z różnych części świata. Np. o tym, jak do baru wchodzi Polak, Rusek, Niemiec, baba od lekarza i blondynka. A barman na to – Co to ma być, jakiś dowcip?
Albo o kangurze, który wszedł do baru w Australii i zamówił piwo. Barman podał, podliczył 10 dolarów, po czym zastanowił się: – Hmm, nie mamy tu wielu kangurów przychodzących do baru…
Na co kangur: – Phi, nie dziwię się, jeśli macie piwo za 10 dolców.
Piękne są te koktajlowe podróże. Czasem ekstremalne i kosztowne, ale zawsze bardzo pouczające. Chcemy więc dalej i więcej. Lecz trzeba uważać, bo są też granice. Na nich czai się koktajl Mołotowa.



Haka to tradycyjny taniec Maorysów z Nowej Zelandii. Na świecie został rozsławiony przez drużyny sportowe z tego kraju, które wykonują go przed meczami.
Taniec w wykonaniu sportowców, szczególnie wielkich, umięśnionych rugbistów, wygląda jak straszenie przeciwnika. Ważny jest w nim wyraz twarzy, który jest integralną częścią całego pokazu. Stąd wystawianie języka i wytrzeszczanie oczu. Oprócz klepania rękami w uda, tupania nogami i śpiewu, towarzyszą mu też pokrzykiwania.
Rugbiści zaczynają od tradycyjnych słów: „Ka mate ka mate ka ora ka ora”, co oznacza „mogę umrzeć, mogę żyć”.

Do niedawna jedynym przejawem sztuki maoryskiej w Londynie były zakurzone przedmioty w Muzeum Brytyjskim, które ze swej podróży przywiózł słynny James Cook.
Teraz jest inaczej.
Kulturę wyspiarską podtrzymuje w Londynie grupa Manaia, której nazwa oznacza „duchowego przewodnika”. Twierdzą, że są dumni ze swoich korzeni, działając w Londynie od 2004 roku. Specjalizują się w pokazach i programach artystycznych, występując m.in. w ambasadzie Nowej Zelandii w Warszawie. Prowadzą wykłady na temat kultury i warsztaty tańca haka.
– Nasze występy są czymś specjalnym, możecie w nich zobaczyć wiele emocji. Od ciepłego, harmonijnego tańca waiata aż po energetyczne haka, wojenny taniec, który rozsławiła nasza drużyna rugbistów – mówi Karl, jeden z założycieli grupy, którego matka jest Maoryską, a ojciec pochodzi z Europy. Karl podkreśla, że dla niego korzenie są ważne, a poświęcając się sztuce, porzucił karierę prawniczą.
Członkowie Manaia przyznają, że kultura maoryska nie zawsze jest doceniana w samej Nowej Zelandii. Dlatego chwalą sobie wielokulturowy Londyn:
– To wspaniałe, że możemy pokazać naszą sztukę ludziom z innych części świata – mówią.

Imigranci ze Skandynawii organizują w Londynie świąteczne kiermasze, każdy z narodów we własnej świątyni. W kościele norweskim świętego Olava w Southwark, czekoladki i pierniczki w kształcie reniferów sprzedaje sympatyczna starsza pani o imieniu Liv, którą poprosiłem o nagranie kilku zwrotów w języku norweskim. Kawałek dalej, przy tej samej ulicy jest kościół fiński, gdzie z kolei bazar organizuje Teemu. Oboje znają się i lubią, odwiedzają i podsyłają nawzajem gości. Ale każdy modli się w swoim języku w swoim kościele. Znają też tłumaczenie Księgi Rodzaju, i fragment o wieży Babel, wznoszonej przez ludzi z ziemi do nieba. Wieża miała być symbolem przeciwstawienia się Bogu i jego zamiarom, a także miejscem gromadzenia się i jednoczenia ludzi we wspólnym sprzeciwie wobec Boga. Dlatego w celu uniemożliwienia realizacji tych planów, Bóg pomieszał budowniczym języki, wskutek czego ludzie rozproszyli się po całej ziemi.
Dzisiaj wierzchołek kościoła norweskich marynarzy, zdobiony miniaturą łodzi wikingów, do nieba nie sięga. I choć wszyscy na tej ulicy mają jednego Boga, celebrują msze w swoich językach.


Komputery nieprędko zapanują nad światem. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie, przygotowując się jakiś czas temu do uczelnianej, multimedialnej prezentacji na temat ludzkiej mowy. Przypominam ją sobie teraz, kiedy zbieram te wszystkie języki po całym Londynie.
Maszyny, choć też mają swój język, niczego nie rozumieją…
W prezentacji chciałem pokazać, jak różne języki dzielą ludzi, ale okazało się, że z nami nie jest jeszcze najgorzej. Zawsze myślałem, że przynajmniej maszyny są doskonałe: jedynka i zero, zero i jedynka, to wszystko, czym się posługują.
Zaczęło się niewinnie – od mikrofonu i nagrania dźwięku. Tłumaczymy go na zero i jedynkę. Karta dźwiękowa i komputer, którym się posługiwałem, niestety nie spełniały kryteriów jakości. I zaczęła się zabawa z tłumaczeniem jednego formatu na drugi. Musiałem pożyczyć komputer, udało się zmontować głos i muzykę, którą musiałem komputerowi tłumaczyć – z płyt audio na mp3.
Teraz obraz. I to samo. Obróbka zdjęć, potem program do animacji, gdzie tłumaczyłem obrazy na używane w nim „symbole”. Udało się, choć przyprawiło o ból głowy.
Ale to dopiero początek. Gdy dodajemy do obrazu dźwięk, wpadamy w kolejną translacyjną pułapkę. Wszystko działa synchronicznie, dopóki nie wyeksportujemy pliku jako quicktime movie (czyli przetłumaczymy, by móc wypalić DVD).
Nadążacie?
Teraz ten nie do końca zsynchronizowany plik musimy jakoś skopiować na srebrny krążek (przetłumaczyć?). To były czasy, kiedy przenośne dyski twarde były rzadkością, a mój komputer nie miał wypalarki DVD. Miał ją tylko Macintosh w szkolnym laboratorium. Ale to nie takie proste. PC do Maca podłączyć łatwo się nie da (inna kultura, język). I tak dalej, i tak dalej. Droga przez mękę.
Za piętnaście jedenasta, prezentacje zaczynają się o jedenastej. Doszedłem do etapu, że mogę wypalić płytę. Tylko, że kupiłem niewłaściwą. Mac jej nie czytał…
Gonitwa przez miasto, by kupić następną. Udaje się. Prawie na czas…
I w sumie: cztery komputery, trzy płyty kompaktowe, mikrofon, dwie płyty DVD, formaty: mp3, wav, jpg, gif, fla, swf, mov, dwa kable, programy do nagrywania i edycji dźwięku, zgrywania z CD, obróbki zdjęć, animacji, wypalania kompaktów i DVD, odtwarzacz, projektor, notes i pióro.
Wszystko, by zrobić trzyminutową prezentację, w której pokazujemy, że porozumienie mimo językowych różnic jest jak najbardziej możliwe…
PS A na fotce jeden z pierwszych komputerów na świecie, który został zaprojektowany w Londynie. To Colossus, który w czasie II wojny światowej służył kryptologom z Bletchley Park do łamania kodów niemieckich wiadomości. Była to pierwsza cyfrowa maszyna, którą można było programować. Po wojnie trzymano ją w tajemnicy aż do lat 70-tych. Działającą replikę można dziś obejrzeć w Bletchley Park, 80 km na północ od Londynu, gdzie łamano także kody Enigmy. Od tego czasu komputery znacznie się zmieniły, ale wciąż czasami trudno się z nimi dogadać.

Miałem jeździć po Londynie, dotarłem na biegun.

Zamiast zimnego prysznica, wizyta w Ice Barze.

Lodowe kieliszki i lodowa wódka. Na przełamanie lodów.