Sir Ranulph Fiennes, podróżnik i polarnik, w przerwie między wielkimi ekspedycjami, napisał książkę o swojej rodzinie. Idąc na spotkanie z nim do Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, spodziewałem się czegoś zupełnie innego – może opowie o tym jak stracił kilka palców prawej ręki (sam je sobie odciął, bo się odmroziły w czasie jeden z wypraw polarnych), a może o zdobywaniu Everestu. Nie. On wybrał się w podróż, by dowiedzieć się więcej na temat swoich przodków i gadał o tym przez godzinę.
Tylko, że w jego przypadku taka ekspedycja nie była trudna – odwiedził po prostu swojego kuzyna w pałacu, weszli na strych i odkopali tam gotowe drzewo genealogiczne, sięgające korzeniami w XI wiek i najazdy Normanów na Brytanię.
W ogóle wydaje mi się, że tutaj jest jakoś łatwiej. Można sobie poczytać o przodkach w internecie – urzędowe spisy np. zakładów pracy czy sklepów prowadzone od XVIII wieku dostępne są w sieci, a archiwum The Times sięga początków tej gazety i można tu znaleźć zeskanowane wszystkie strony, które ukazały się od 1785 roku. Oni mieli nawet relacje na żywo z Rewolucji Francuskiej! Nie mówiąc już o całym wielkim ruchu genealogicznym, który na co dzień przekopuje wszelkie archiwa i udostępnia swoje znaleziska.
A jak się do tego zabrać w Polsce, po tych wszystkich wojnach i migracjach, gdzie każde następne pokolenie lądowało w zupełnie innym miejscu? Na razie wiem tylko tyle, że korzenie moje z chłopów galicyjskich z przysiółka Sępkówka. Aż strach kopać głębiej.
Wszystko, co kiedykolwiek zarobiłem, od razu wydawałem na bilety lotnicze i kolejowe albo na psujące się samochody i motocykle. Na ciuchy nie musiałem.
2002. Sklep Old Navy gdzieś w Pensylwanii. Na stoisku z przecenionymi ubraniami wybieram bluzę z napisem “Black Dragon”. Jedziemy razem przez Stany.
2005. Po wyjeździe w cieplejsze rejony, wyruszam na zarobek do angielskiego Leicester. W szafie znajduję bluzę ze smokiem. - Jak się zużyje, to ją po prostu wyrzucę - myślę sobie bez żalu.
2007. Nie zużyła się. Sięgam więc po nią na Węgrzech i w dalszej włóczędze po Bałkanach. Wreszcie odkleja się literka “r”.
2008. W lesie Sherwood mogę się poczuć dzięki niej jak Robin Hood. Przyklejona literka “r” wciąż się trzyma, ale po zahaczeniu o gałąź, na ramieniu pojawia się dziurka.
2009. - Teraz to już na pewno ją wyrzucę - myślę sobie, pakując jednocześnie Dragona na wypad do Amsterdamu. Bluza testowana w najrozmaitszych okolicznościach wciąż pozostaje cała.
2010. Londyn. Zaszyte wszystkie dziurki, przyklejone wszystkie literki i znów mam ją na sobie.
Za oszczędzone pieniądze chyba kupię sobie wreszcie jakiś bilet.
Odliczam czas. Czekam na coś nieokreślonego, jakieś wydarzenie, które poruszy wielką machinę i pozwoli wreszcie się wyrwać. Nie z Londynu, bo to miasto jeszcze długo będzie mnie kręcić, ale może z pracy, może z tego środowiska, w którym utkwiłem, od zajęć, które nie dają już żadnej satysfakcji.
Trwam tu jeszcze na posterunku, choć coraz więcej osób dziwi się, że tak długo wytrzymuję w tym jednym miejscu.
Cóż. Trochę jednak przez ten czas się wydarzyło, kilka rzeczy się udało, projektów mniejszych i większych.
Ale teraz już wiem, że potrzebuję małej zmiany, choćby na chwilę. Nowe pomysły, plany i trasy już buzują w głowie (chociaż w sumie to one zawsze świtały, czasem tylko od nich uciekałem).
Nie lubię pisać o pracy, bo jeszcze przeczyta to ktoś, kto nie powinien. Niestety praca pochłania cały mój czas. To znaczy - nie sama praca, tylko siedzenie w niej. Niekończące się godziny strawione na gapienie się w komputer, po których nie znajduję już w sobie mocy na pisanie bloga.
Oczywiście, jak zwykle zaniedbuję blog, ale tak to już musi być. Pisarsko spełniam się teraz gdzie indziej - książka się produkuje. Zostało mi jeszcze dwa miesiące na jej ukończenie i cztery rozdziały. Jestem już w dziesiątym, czyli w okolicach Chinatown.
Wydanie planowane jest na luty-marzec, ale więcej informacji na ten temat będę miał wkrótce. Dostałem już nawet część zaliczki, więc zgodnie z pisarską tradycją teraz powinienem te pieniądze przepić, ale na razie skupiam się jednak na budowaniu i pisaniu kolejnych części (bo jak już dostanę całą zaliczkę, to nie ręczę za siebie;)
Dla tych, którzy pytają o wydawnictwo – to Carta Blanca z grupy PWN, a tutaj można obejrzeć książki pojawiające się w serii, do której i ja mam dołączyć.