Nowa strona…
25.02.2010… się buduje.
… się buduje.

Sir Ranulph Fiennes, podróżnik i polarnik, w przerwie między wielkimi ekspedycjami, napisał książkę o swojej rodzinie. Idąc na spotkanie z nim do Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, spodziewałem się czegoś zupełnie innego – może opowie o tym jak stracił kilka palców prawej ręki (sam je sobie odciął, bo się odmroziły w czasie jeden z wypraw polarnych), a może o zdobywaniu Everestu. Nie. On wybrał się w podróż, by dowiedzieć się więcej na temat swoich przodków i gadał o tym przez godzinę.
Tylko, że w jego przypadku taka ekspedycja nie była trudna – odwiedził po prostu swojego kuzyna w pałacu, weszli na strych i odkopali tam gotowe drzewo genealogiczne, sięgające korzeniami w XI wiek i najazdy Normanów na Brytanię.
W ogóle wydaje mi się, że tutaj jest jakoś łatwiej. Można sobie poczytać o przodkach w internecie – urzędowe spisy np. zakładów pracy czy sklepów prowadzone od XVIII wieku dostępne są w sieci, a archiwum The Times sięga początków tej gazety i można tu znaleźć zeskanowane wszystkie strony, które ukazały się od 1785 roku. Oni mieli nawet relacje na żywo z Rewolucji Francuskiej! Nie mówiąc już o całym wielkim ruchu genealogicznym, który na co dzień przekopuje wszelkie archiwa i udostępnia swoje znaleziska.
A jak się do tego zabrać w Polsce, po tych wszystkich wojnach i migracjach, gdzie każde następne pokolenie lądowało w zupełnie innym miejscu? Na razie wiem tylko tyle, że korzenie moje z chłopów galicyjskich z przysiółka Sępkówka. Aż strach kopać głębiej.
Niby obcy język, a taki znajomy:



Bez komentarza.
Bluzę mam jedną, ale buty różne. Kilka fotek do projektu “Keep on walking”, od A do Z:



I jeszcze coś globalnego:

A tu można zobaczyć wszystkie pozostałe fotko-nóżki:
Wszystko, co kiedykolwiek zarobiłem, od razu wydawałem na bilety lotnicze i kolejowe albo na psujące się samochody i motocykle. Na ciuchy nie musiałem.
2002. Sklep Old Navy gdzieś w Pensylwanii. Na stoisku z przecenionymi ubraniami wybieram bluzę z napisem “Black Dragon”. Jedziemy razem przez Stany.

2005. Po wyjeździe w cieplejsze rejony, wyruszam na zarobek do angielskiego Leicester. W szafie znajduję bluzę ze smokiem. - Jak się zużyje, to ją po prostu wyrzucę - myślę sobie bez żalu.

2007. Nie zużyła się. Sięgam więc po nią na Węgrzech i w dalszej włóczędze po Bałkanach. Wreszcie odkleja się literka “r”.

2008. W lesie Sherwood mogę się poczuć dzięki niej jak Robin Hood. Przyklejona literka “r” wciąż się trzyma, ale po zahaczeniu o gałąź, na ramieniu pojawia się dziurka.

2009. - Teraz to już na pewno ją wyrzucę - myślę sobie, pakując jednocześnie Dragona na wypad do Amsterdamu. Bluza testowana w najrozmaitszych okolicznościach wciąż pozostaje cała.

2010. Londyn. Zaszyte wszystkie dziurki, przyklejone wszystkie literki i znów mam ją na sobie.

Za oszczędzone pieniądze chyba kupię sobie wreszcie jakiś bilet.

Odliczam czas. Czekam na coś nieokreślonego, jakieś wydarzenie, które poruszy wielką machinę i pozwoli wreszcie się wyrwać. Nie z Londynu, bo to miasto jeszcze długo będzie mnie kręcić, ale może z pracy, może z tego środowiska, w którym utkwiłem, od zajęć, które nie dają już żadnej satysfakcji.
Trwam tu jeszcze na posterunku, choć coraz więcej osób dziwi się, że tak długo wytrzymuję w tym jednym miejscu.
Cóż. Trochę jednak przez ten czas się wydarzyło, kilka rzeczy się udało, projektów mniejszych i większych.
Ale teraz już wiem, że potrzebuję małej zmiany, choćby na chwilę. Nowe pomysły, plany i trasy już buzują w głowie (chociaż w sumie to one zawsze świtały, czasem tylko od nich uciekałem).
Nie lubię pisać o pracy, bo jeszcze przeczyta to ktoś, kto nie powinien. Niestety praca pochłania cały mój czas. To znaczy - nie sama praca, tylko siedzenie w niej. Niekończące się godziny strawione na gapienie się w komputer, po których nie znajduję już w sobie mocy na pisanie bloga.
Muszę to zmienić, zaczynając właśnie tu.

Czy coś ciekawego działo się przez ostatnie pół roku? Jakie było lato? Imprezy, koncerty, kinowe premiery?
Przegapiłem wszystko.
Ale już jest. Moje cudeńko ma 535 tysięcy znaków i zajmuje 250 stron.
Zostały mi już tylko dwa tygodnie…
Oczywiście, jak zwykle zaniedbuję blog, ale tak to już musi być. Pisarsko spełniam się teraz gdzie indziej - książka się produkuje. Zostało mi jeszcze dwa miesiące na jej ukończenie i cztery rozdziały. Jestem już w dziesiątym, czyli w okolicach Chinatown.
Wydanie planowane jest na luty-marzec, ale więcej informacji na ten temat będę miał wkrótce. Dostałem już nawet część zaliczki, więc zgodnie z pisarską tradycją teraz powinienem te pieniądze przepić, ale na razie skupiam się jednak na budowaniu i pisaniu kolejnych części (bo jak już dostanę całą zaliczkę, to nie ręczę za siebie;)
Dla tych, którzy pytają o wydawnictwo – to Carta Blanca z grupy PWN, a tutaj można obejrzeć książki pojawiające się w serii, do której i ja mam dołączyć.